Menu

15.11.2019

Odwrócona rzeczywistość #3

Dyszałam patrząc na ogłuszonego policjanta leżącego, na ziemi.
- Trzeba jak najszybciej go stąd wywieźć. - powiedział Jacob.
- Pobiegnę po linę i trytytki. - oznajmiłam wybiegając z pokoju do kuchni. Przez skok adrenaliny i strach, trudnej mi było cokolwiek utrzymać w trzęsących się dłoniach. Gdy znalazłam i wróciłam w  te pędy do chłopaka, który cały czas pilnował ciała mężczyzny.
- Dawaj to mała. - wyrwał mi rzeczy z rąk, a oddał broń mnie - Miej go na celowniku, gdyby przypadkiem stwierdził, że chce opuścić świat żywych. - dodał obracając, wielkie ciało policjanta na brzuch. Zapiął mu w nadgarstkach oby dwie ręce grubymi trytytkami za jego plecami i dodatkowo owiązał je sznurem.
- Dawaj koszulkę! - powiedział Jacob zdenerwowanym głosem, a jego oczy zrobiły się strasznie ciemne. Wystraszona jak najszybciej próbowałam się uwolnić z mojego odzienia.
- Nie lepiej wziąć jakiś worek? - zapytałam oddając mu swoją koszulkę.
- Leć się ubierz, a ja go jakoś właduje do samochodu. - założył koszulkę na głowę napastnika, a gdy to zrobił, wyciągnął dłoń po swoją broń.
- Poszukaj w jego kieszeniach, czy nie ma jego kluczyków do samochodu; jak zacierać ślady to porządnie. - powiedziałam
- Nie ucz ojca dzieci robić. - zaśmiał się. Ja przewróciłam oczami i wyszłam znów z pomieszczenia, udałam się do pokoju na piętrze po moje ubrania. Ubrałam się jak najszybciej w jakieś dresy by można było je później spalić. Założyłam też jakieś stare trampki i zbiegłam po schodach. Jacob z zaskoczenia rzucił we mnie kluczykami od samochodu.
- Jedziesz moim. - oznajmił wywlekając ciało - Jezu, ten chłop waży ponad setkę jak nic. - warknął pod nosem. Schowałam kluczyki do kieszeni i podeszłam mu pomóc. Jakoś udało nam się policjanta przetransportować do jego auta. Jacob otworzył bagażnik i wręcz cudem wpakowaliśmy faceta do środka.
-Okej mała, jedź za mną, ale nie za blisko by nie było przypału. - podszedł do mnie mój były i dał całusa w czoło - Czasami zastanawiam się, czy by do ciebie nie wrócić. - powiedział nim wsiadł do samochodu. Ja stałam tam w osłupieniu jeszcze ze chwilę. Jego słowa tak bardzo zbiły mnie z tropu. Chodź nie powiem, że go nie kochałam i moje uczcie do niego się nie zmieniło. Gdyby nie on, dalej bym tkwiła w nudnym cieniu mojej rodziny. Wsiadłam do samochodu Jacoba. Zaczęło już świtać. Opuściłam sobie osłonę przeciwsłoneczną by mi nie świeciło prosto w oczy. Gdy to zrobiłam, zobaczyłam na niej zdjęcie. Ja z Jacobem, przedstawiało ono nas siedzących na drewnianej huśtawce na jego podwórku z tyłu domu. Jego mama nam je zrobiła, gdy mi dawał buziaki. Pokręciłam szybko głową. Kobieto, opanuj się, masz sprawę do załatwienia. Odpaliłam silnik i ruszyłam. Musiałam trochę nadgonić Jacoba. Domyślałam się, dokąd jechał. Jechaliśmy tak dłuższy czas poboczami lasu, by żaden radiowóz nas nie widział. Dojechaliśmy do starej fabryki zapałek. Zaparkowałam o wiele dalej od niej by nie wzbudzać podejrzeń. Wyszłam z pojazdu i pędem udałam się do mojego przyjaciela.
- Obudził się... - powiedział stojąc przed samochodem
- Cholera, to nie dobrze. - powiedziałam cicho - I co teraz?
- Spokojnie kruszynko. - wziął moje rozpuszczone włosy za ucho - Ogłuszyłem go znowu, teraz już na dłużej. - dodał i podszedł do bagażnika otwierając go. Zauważyłam krew, która wywołała u mnie odruch wymiotny. Wzięłam głęboki wdech powietrza by się uspokoić.
- Jak go tam wpakujemy? - zapytałam, a Jacob podał mi rękawiczki jedno razowe
- Drzwi są rozwalone, dużo tu dzieciaków przychodzi na urbex. - wyjaśnił mi, na co pokiwałam głową - Więc, kochanie, będziesz taka miła i otworzysz mi wrota jego piekła? - zapytał z uśmiechem
- Już Lucyferze. - pokręciłam głową i potruchtałam do drzwi. Mocniej je musiałam pchnąć do środka by się otworzyły. Pachniało tu stęchlizną, jakby ktoś tu już wcześniej zdechł. Nigdy tu nie wchodziłam - i dobrze, bo zbiera mi się znów na wymioty. Zrobiłam z mojej koszuli coś do zasłonięcia mojej twarzy przed tym uporczywym smrodem.
- Ugh! Weź jakieś krzesło i postaw na środku! - powiedział Jacob wchodząc z ciałem do środka budynku. Wykonałam jego polecenie z obrzydzeniem; wzięłam jakieś mniej zdezelowane krzesło i wstawiłam je.
- Pomogę Ci z nim. - powiedziałam podbiegając do chłopaka, który był już zmęczony taszczeniem ciała. Wzięłam nogi policjanta i we dwójkę jakoś sobie poradziliśmy. Posadziliśmy go na wcześniej ustawione krzesło, które omal się nie wywróciło. Jakimś cudem udało nam się posadzić faceta. Jacob przywiązał go jeszcze w kostkach, przez brzuch do mebla, by być pewnym, że się nie uwolni. Podniósł mu zasłonę z mojego podkoszulka i zakleił mu taśmą usta.
- Dla pewności. - powiedział chłopak owijając ramiona taśmą izolacyjną, której użył wcześniej - Dobra Ness... spadamy. - rzucił kluczyki od samochodu policjanta gdzieś wgłąb budynku i wyszedł na zewnątrz. Spojrzałam ostatni raz na policjanta.
- I po co nas śledziłeś? - zapytałam sama siebie i pokręciłam głową na jego głupotę. Czym prędzej wyszłam z budynku, a Jacob polewał auto benzyną. Wrzuciliśmy tam też nasze rękawiczki i też moją koszulkę, którą zabrał chłopak, by nie znaleźli mojego DNA. Podpalił je dopiero gdy byliśmy sami w aucie. Z piskiem opon odjechaliśmy. Przez połowę drogi nie odzywaliśmy się od siebie.
- Jacob? - chciałam jakoś zacząć, ale nie wdziałam od czego. Nim znów otworzyłam usta, on się odezwał.
- Wyjeżdżamy... - oznajmił bez żadnych emocji.
- Co?! - tyle potrafiłam powiedzieć, bo takiego szoku doznałam po tym jednym słowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz