Thomas obudził się wypoczęty jak nigdy dotąd. Jakby opuścił swoje dawne ciało i przeniósł się do nowego. Łóżko w którym spał było tak miękkie, że zdawało się nie chcieć go wypuścić. Przymrużonymi oczami wpatrywał się w wąskie, wysokie okno. Zdawał się być zapatrzony. Zbierał myśli. Był pewien że ta noc będzie ciężka, jednak wygody mieszkania w ciepłym, suchym i przytulnym miejscu stłumiły wszystkie obawy. Teraz jednak starał się przywołać wszystko co do tej pory przeżył i zastanowić się, co dalej. Szczenięce lata... Właśnie. Śniły mu się. Teraz pamięta.
Był w laboratorium. Przyglądał się prowizorycznym sprzętom. W pomieszczeniu było ciemno, dało się słyszeć tylko przewiew powietrza gdzieś pod sufitem. Wspomnienie było bardzo przyjemne, przynosiło spokój. Czuł się jak... w domu. Tu się wychował. Właśnie. Gdzie jest profesor? Nie było go nigdzie dookoła. Z innego pomieszczenia wyłonił się ciemny kształt. Im bliżej się znajdował, tym więcej szczegółów można było dojrzeć. Niewysoki, siwy mężczyzna ubrany w kitel. Zatrzymał się kilka metrów przed szczeniakiem i odwrócił się do jednego z urządzeń. Mały zdecydował się podejść. Zbliżył się do profesora i odruchowo wtulił się w niego. Mężczyzna odezwał się, jednak nie można było zrozumieć co mówi. Szczenie tylko delikatnie uniosło kąciki warg.
Dalej nic nie pamiętał. Najwyraźniej to wtedy się obudził. To były bardzo spokojne lata, chociaż nie było ich wiele. Mimo wszechobecnej ciszy, ciemności i samotności, bardzo dobre wspomina tamte czasy, chociaż niewiele z nich pamięta. Bardzo wyraźnie jednak pamięta jak się skończyły.
Pies potrząsnął głową by odgonić myśli. Nie chciał tego pamiętać. Dobre wspomnienia dzieciństwa zawsze przynosiły ze sobą bolesny koniec, dlatego starał się zapomnieć o wszystkim. Wiedział że nie będzie łatwo znów zapomnieć tamtych wydarzeń, więc postanowił wstać. Dopiero kiedy stanął na ciepłej, wyłożonej panelami podłodze, przypomniał sobie co działo się poprzedniego dnia. Wiele dzisiaj przed nim. Samiec rozciągnął się delikatnie, zlokalizował wzrokiem swoją gitarę w ciemnym pokrowcu, stojącą przy łóżku. Już chciał wychodzić z pokoju, kiedy zorientował się, że ma na sobie tylko bokserki i białą, ciasną podkoszulkę. Szybko założył dresowe, opinające się na nim spodnie i wyszedł.
Jasne pomieszczenie oślepiło go. Przymrużył oczy. Na kanapie, przy stoliku, siedzieli już Nanna i Nathan. Oboje szybko zauważyli Thomasa stojącego w progu.
-Cześć! - rzuciła od razu do nieprzytomnego psa.
-Jak się spało? - dodał Nathan
-Wyjątkowo dobrze - wymruczał po chwili Thomas i zbliżył się do nich. Ściany dookoła wydawały się o wiele bardziej znajome, na pierwszy rzut oka nie znał ich, jednak po sekundzie przypominał sobie jak oglądał je wczoraj.
Usiadł w fotelu wciąż oglądając szczegóły pomieszczenia.
-Głodny? Jedliśmy już, ale zostało też dla ciebie. Podgrzeję. - Nathan przerwał ciszę i skierował się do kuchni. Nanna jak zwykle ożywiła się.
-Idziemy dzisiaj na zajęcia na uczelnię, więc będziesz niestety musiał zostać sam. - odezwała się w końcu. Thomas poczuł kłucie niepokoju, nieznaczne, jednak nagłe. Z jednej strony lubił samotność, która towarzyszyła mu całe życie, jednak wciąż zdawał sobie sprawę z tego że znajduje się w obcym domu. - Nie będzie nas tylko kilka godzin, ale pamiętaj: czuj się jak u siebie. Rozmawialiśmy o tym wczoraj wieczorem z Nathanem. Zostawimy ci trochę pieniędzy, żebyś mógł iść do sklepu i kupić sobie co potrzebne - szczotkę, ubrania, szczoteczkę, takie tam. Przy okazji, mógłbyś kupić nam parę rzeczy? Nie było wczoraj czasu na zakupy, dlatego muszę cię dzisiaj o to poprosić. - Thomas nieznacznie kiwnął głową, lekko oszołomiony. Jaki mają interes w wykarmianiu go?
Nanna zaśmiała się cichutko. W tym czasie pojawił się Nathan i podał Thomasowi resztę jajecznicy ze śniadania.
-Pójdę się ogarnąć i możemy wychodzić! - zawołała suczka i wyszła do swojego pokoju, który dzieliła teraz z Nathanem. Samce zostały same. Thomas z góry zakładał że ta sytuacja będzie niezręczna, wciąż czuł się jak intruz na jego terenie. Wbrew jego przypuszczeniom, Nathan ciągle delikatnie się uśmiechał. Thomas był pewien że to właśnie moment w którym Nathan ukarze mu swoje prawdziwe ja. Mastiff tylko czekał.
-Strasznie jesteś spięty. - na głos dobermana, Thomas cały się wzdrygnął. Nie spodziewał się jednak tych słów, a zupełnie innych. Nic nie odpowiedział, chociaż nagła wypowiedź Nathana mocno zbiła go z tropu. Bardzo chciał teraz móc stąd wyjść. - Mam wrażenie że chodzi o mnie. Nie musisz się martwić, Nanna jest moją przyjaciółką, ale to nie tak że godzę się na wszystko co powie i jesteś tu tylko dlatego że ona tego chce. Też chcę pomóc, nie musisz się mnie bać.
Na chwilę zapadła cisza.
-Dlaczego w ogóle mnie tu wpuściliście... - zapytał w końcu niepewnie - Co wy z tego macie...?
Nathan westchnął zrezygnowany.
-Rzeczywiście nie rozumiesz. Za wiele czasu spędziłeś na ulicy. Znasz pewnie historię stworzenia naszej rasy? - Thomas poczuł dreszcz spływający po jego ciele. Znał te historię lepiej niż wszyscy inni. Był ciekaw jaką wersję zna Nathan. - Podobno pewien profesor, który wyjątkowo nie znosił ludzkiej natury, postanowił stworzyć rasę charakterem podobną do psów, a inteligencją dorównującą ludziom, chciał stworzyć idealną rasę.
Mastiff nie pomyślał nawet dlaczego Nathan przywoływał tę opowieść. Sprawdzał tylko czy wersja Nathana pokrywa się z tą, którą sam zna.
-Nie jesteśmy jak ludzie którzy mijają cię codziennie na ulicy. - Thomas znów się wzdrygnął, głos Nathana ponownie wyrwał go z zamyślenia. - Chcemy pomóc. Jesteśmy bezinteresowni, jak psy. Po to zostaliśmy stworzeni.
Thomas był w lekkim szoku. Podniósł w końcu łeb żeby spojrzeć Nathanowi prosto w oczy. Wciąż miał ten sam wyraz pyska - zmrużone delikatnie oczy i lekki uśmiech na pysku. Ciężko było coś z niego wyczytać, jednak przyjazne spojrzenie nie budziło żadnych obaw, wręcz przekonywało że pies nie ma nic do ukrycia. Mastiff uspokoił się po zobaczeniu jego spojrzenia i znów utkwił wzrok w śniadaniu.
-Możemy iść! - głos Nanny był jak wybawienie, mimo tego że Thomas już opadł z emocji.
-Idziesz z nami? - zapytał Nathan. Pies był lekko zdezorientowany.
-Na uczelnię?
-I tak będziesz szedł do sklepu. - odparła Nanna. - A jak sam nie pójdziesz, to zabierzemy cię sami! Potrzebujesz ubrań które są dopasowane do anthro, nie do ludzi.
Thomas spojrzał na obcisłe dresy. Były takie właśnie dlatego że były uszyte na człowieka, nie psa. Mastiff westchnął. Wziął do pyska resztę śniadania i wstał. Odstawił talerz do zlewu i wyszedł razem ze studentami.
Nigdy nie kupowałem ubrań...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz